Jako próbkę – za zgodą autorki – zamieszczam fragment mojego wywiadu udzielonego Aleksandrze Ślifirskiej, który znalazł się w jej najnowszej książce i życzę przyjemnej lektury całości (więcej o "Rekinach..." tutaj).
„Rozpocznę od wywiadu w Gazecie Wyborczej [DF, "Etatów nie będzie"], bo dla mnie jako osoby, która doradza prezesom i menedżerom w obszarze relacji medialnych i wystąpień publicznych, ten wywiad jest manifestem dość wyraźnej i odważnej postawy. W jakim stopniu wywiad dla dużej ogólnopolskiej gazety buduje Pani pozycję lidera, przewodniczki?
- Nie chcę mówić, że takie teksty wywołują euforię, ponieważ zdaję sobie sprawę jak wiele niepopularnych i niepoprawnych politycznie rzeczy zostało tam powiedziane. Ale i osobiście, i zawodowo dążę do dialogu i takie wywiady służą temu znakomicie, mimo że każde wypowiedziane słowo iskrzy do granic możliwości. Sądzę, że bycie liderem polega w dużej mierze na odwadze. Na mówieniu trudnej prawdy, na stawianiu i bronieniu odważnych tez, które inni boją się wygłaszać. Celem jest wywołanie szerszej debaty, co udało się osiągnąć wywiadem dla Dużego Formatu. Nakład takiej gazety, ale i zasięg robią swoje. To był pozytywny wyjątek. Szkoda, że format większości polskich mediów zamiast tworzenia platform dialogu zakłada inicjowanie i podgrzewanie sporów, które mają budować oglądalność poprzez triki i wyciągane z kontekstu hasła. Unikam dołączania do ringu czy na pole ze słownym ping-pongiem, który niczego merytorycznie nie wnosi. Dlatego ostro selekcjonuję propozycje wywiadów. A kiedy już decyduję się na rozmowę i wiem, że ona będzie „o czymś” można się po mnie spodziewać, że powiem naprawdę, to co myślę, że koniecznie trzeba powiedzieć. Nie uciekam od trudnych pytań. W relacjach z dziennikarzami i partnerami biznesowymi zawsze stawiam na partnerstwo i działania fair play.
Grupa docelowa, z którą Pani się komunikuje, to są przedsiębiorcy. Czy bierze Pani zatem pod uwagę, że to o czym Pani mówi, będzie nie do przyjęcia dla zwykłego Kowalskiego?
Kiedy dostałam ten wywiad do autoryzacji, nie zmieniłam w nim praktycznie nic i redaktor Grzegorz Sroczyński mógł być zaskoczony [analiza rozmowy na blogu autorki]. Nie zakładałam, że po tym wywiadzie ci, którzy uważają przedsiębiorców za wyzyskiwaczy, nagle zmienią front. Choć mam wrażenie, że wielu krytyków przeczytało tylko połowę, albo skróty ze zdaniami wyciętymi z kontekstu. Co ciekawe, tezy o tym, że w kryzysie rozwarstwienie między płacami menadżerów, którzy brali wysokie premie a pensjami zwykłych pracowników było nie fair – nikt nie podchwycił. A przecież to była krytyka mojego środowiska! Tylko niestety, przykleiła się do mnie etykietka bezwzględnej kapitalistki, która zawsze stoi po stronie biznesmenów. A ja de facto stoję po stronie zdrowego rozsądku i zasad bycia fair. Tyle, że jak komuś prawda do wcześniej ułożonego obrazka nie przystaje, to tym gorzej dla tej prawdy… Część odbiorców i spora grupa mediów, po prostu woli etykietkować, bo tak łatwiej. Cenne w całej tej historii było to, że udało się sprowokować dyskusję. Mniej lub bardziej merytoryczną, ale jednak. Martwi mnie, że w Polsce brakuje wymiany myśli na poważne tematy. Ludzie chętniej przeczytają informacje o fryzurze kandydatki na prezydenta, niż 3-stronicowy wywiad z kobietą, która mówi o sprawach ważnych dla rozwoju biznesu w Polsce, a co za tym idzie kierunku rozwoju gospodarki i miejscach pracy. Sam fakt, że wywiad wywołał lawinę komentarzy był zatem dla mnie pozytywny. Nie można bowiem ludzi oszukiwać, dając im złudne poczucie bezpieczeństwa.
Dziennikarz poniekąd skorzystał z mechanizmu, o którym Pani powiedziała, definiując współczesne media. W tym przypadku czytelnicy kupili obrazek, który stanowił sam tytuł: ETATÓW NIE BĘDZIE. To wytwarza wyrazisty obrazek w wyobraźni i emocjach. Jaka była Pani strategia komunikacji podczas tej i podobnych rozmów?
- Moja strategia jest prosta: uświadomić ludziom, że rynek się zmienia i na te zmiany muszą być gotowi. Taka jest moja zawodowa misja i na niej opieram moje bycie w mediach, nawet jeżeli to, co mówię, jest dla wielu trudne i nie do przyjęcia. A ponieważ ludzie woleliby usłyszeć, że przedsiębiorcy są w dobrej kondycji, a jeszcze bardziej, że zapewnią im pracę do końca świata i jeden dzień dłużej, zdaję sobie sprawę z lawiny społecznego oburzenia. Moim zadaniem jako liderki jest uczciwe powiedzenie prawdy, tłumaczenie realiów, a nie tworzenie złudnych baniek. Tym wystarczająco dobrze zajmują się politycy. Rozumiem obawy wielu ludzi, a moje tezy są zaproszeniem do rozmowy, nie atakiem. Świat się bardzo szybko zmienia i zmianie ulegają rządzące nim reguły. Zatem wszyscy musimy być na to gotowi. Jak ktoś powiedział „w życiu jedyną stałą rzeczą jest zmiana”. Oswojenie się z tym pozwala doświadczyć prawdziwej wolności. Chcę odbiorcom pokazywać, że zmiana nie jest łatwa, ma swoją cenę, ale nie oznacza, że będzie gorzej. Tylko po prostu inaczej. Od nas samych w dużej mierze zależy, jak się do tego przygotujemy i odnajdziemy w nowych warunkach. Staram się zachęcać ludzi do tego, aby zaczęli się zastanawiać nad tym, jak będą funkcjonować w przyszłości. Podam przykład: górnicy ciągle walczą o zachowanie przywilejów rodem z PRL. Tymczasem, gdyby konsekwentnie prowadzono program restrukturyzacji górnictwa, to górnicy i ich rodziny mieliby zapewnioną przewidywalną przyszłość. Mogliby się przygotować do nowego. Jak ich do tego przekonać? Mieć przekaz, który jest uczciwy i mówić głośno prawdę, by ludzie otwierali się na zmiany.
Mówiąc w skrócie: komunikacja lidera charakteryzuje się przede wszystkim odwagą?
- Myślę, że tak, ale ta odwaga wynika z tego, że lider przeszedł wiele zmian i wie jaką trzeba zapłacić za nie cenę. Ja przeszłam, więc wiem. Nie boję się tego. Uczę tego moje dzieci i wnuki. Wolność wyboru nie ma ceny.
