Kobiety na stanowiska

Ostatnio w wywiadach dla zagranicznych mediów z Francji, Niemiec i Węgier byłam pytana o fenomen siły kobiet na naszej scenie politycznej. Europa przeciera oczy ze zdziwienia, że mamy trzy kandydatki na urząd premiera - „niebywałe w tak konserwatywnym kraju!” – mówią dziennikarze. Czy to tylko fasada, bo zostały mianowane przez stojących za ich plecami prezesów? Poniekąd. Wyjdzie z tego coś dobrego? Na pewno.

Kongres Kobiet kilka lat temu wprowadził do debaty publicznej w Polsce temat obecności kobiet na wysokich stanowiskach w biznesie i polityce. W 2009 doprowadziłyśmy do przyjęcia tzw. ustawy kwotowej, która gwarantuje kobietom 35 proc. miejsc na listach wyborczych. Dzięki temu w obecnym Sejmie mamy największy udział kobiet po ’89 roku - 24 proc. Sama dyskusja o obecności kobiet na wysokich szczeblach władzy, gdzie jesteśmy niedoreprezentowane, spowodowała zmiany świadomości. Uważam to za wielkie osiągnięcie Kongresu Kobiet. Zaczęto w Polsce dostrzegać i doceniać potencjał kobiet, czego efekty widzimy dziś na polskiej scenie politycznej.


Kilka dni temu rozmawiałam o tym na spotkaniu z kilkoma panami. Mówią mi – „no i do czego wy [Kongres Kobiet] doprowadziłyście – same kobiety kandydatki, będą się kłócić!” No więc zapytałam – „a jak mężczyźni się do tej pory kłócili to było w porządku? Drugi często spotykany zarzut jest taki, że kandydatki na premiera nie spełniają oczekiwań. Można byłoby zadać pytanie, a ilu mężczyzn-kandydatów spełniało, mimo że byli w polityce od zawsze? I czego jak czego, ale braku doświadczenia, w odróżnieniu od kobiet, niejednokrotnie dopiero startując w polityce - nie odczuwali. Zatem wobec kobiet inną miarę przykładamy? Pytanie retoryczne. Z wielu badań wynika, że tak się właśnie dzieje. Stanowcza postawa kobiety postrzegana jest zwykle jako przejaw arogancji, u mężczyzn – siły i potencjału przywódczego. Przypomnijmy sobie, jakie filtry były stosowane do oceny ostatnich debat przedwyborczych.

Tę różnicę używanych filtrów znam z obserwacji podczas lat pracy w radach nadzorczych dużych spółek. Zwykle gdy pojawia się kobieca kandydatura na stanowisko kierownicze pierwsze pytanie brzmi: „Czy ona ma kwalifikacje?”. Takie pytanie dużo rzadziej pada w stosunku do mężczyzny, bowiem on kwalifikacje ma z założenia. Inna sprawa, że gdy przychodzi do myślenia o mianowaniu nowego członka zarządu czy rady nadzorczej mężczyźni, mający przecież od zawsze udział we władzy, w pierwszej kolejności pomyślą o kompetentnych kolegach, których znają ze wspólnego palenia cygar czy klubu golfowego. To jest siła networkingu, którego trzeba się od mężczyzn uczyć. A te z nas, które zaszły wysoko powinny wspierać inne mądre, kompetentne kobiety w awansie.

To oczywiście nie wystarczy. Obserwując kobiety z pozycji pracodawcy, widzę, że bardzo często brakuje im wiary w siebie i odwagi, by sięgać po wysokie stanowiska. Wiele razy, gdy proponowałam kobiecie objęcie zarządzania nowym projektem, słyszałam: „nie wiem, czy sobie poradzę, czy mam odpowiednie kompetencje”. W analogicznej sytuacji mężczyźni zawsze odpowiadali niemal bez zastanowienia, że przyjmują ofertę. Może czas, żeby szefowie zaczęli bardziej motywować kobiety do sięgania wyżej i wzmacniać ich pewność siebie. Może też czas, żebyśmy w Polsce przestali się bać myślenia o kobietach jako liderkach i przestawili zwrotnice na inne tory myślenia. Także w kontekście sobotnich wyborów.

Tak, to jest postulat feministyczny. Do tych przekonanych - którzy ideę feminizmu rozumieją jako zakładającą równość kobiet i mężczyzn, gdzie równy nie znaczy identyczny, ale równie dobry, mądry, kompetentny. Ideę, zgodnie z którą kobiety mogą na równi z mężczyznami i tak samo dobrze sprawować ważne funkcje. I do tych jeszcze nieprzekonanych. Otóż namawiam Was, drogie kobiety, przy urnach w niedzielę bądźcie solidarne z innymi kobietami, wspierajcie programy zgodne z waszymi poglądami i kompetentne kandydatki, które będą je realizować. Mężczyzn podobnie – zachęcam do bycia feministami (i to nie tylko przy urnach wyborczych). Dobrze nam zrobi większa różnorodność sceny politycznej - więcej kobiet tam, gdzie się decyzje podejmuje, a nie tylko wykonuje.

PS. Pod tym wpisem zapewne zobaczę ironiczne komentarze spod znaku „chcecie się dorwać do władzy”, „jak równość, to kobiety na traktory!”, dowcipy o tym jak to feminizm kończy się w momencie, gdy trzeba wnieść szafę na trzecie piętro i inne tego typu niewybredne, niewyszukane intelektualnie zagrywki. Hejt musi być, bo hejtem internet stoi. Trudno. Nie ma sensu obrażanie się na rzeczywistość. Trzeba robić swoje.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...